Stranger Things: Sezon 5 (2025) - Recenzja


Opinia: No dobra, przyszedł czas na wielki finał, czyli w którym główny zły w końcu zostanie ostatecznie zdekapitowany w przeepickiej bitwie tysiąclecia, która zmieni czasoprzestrzeń, losy ludzkości i orbity planet... A na końcu się obudzimy i zmoczeni zobaczymy, jak naprawdę wyglądał finał całego tego universum, po czym zaczniemy sobie zadawać pytanie, czy życie ma sens, czy istnieje miłość i za co bracia Duffer pokarali nas takim finałem. Ehh... Ale od początku...

Odcinki 1-4

Postanowiłem, że podzielę tą recenzję dokładnie tak, jak zrobił to Netflix i omówię każdą część w oddzielnym akapicie. No więc przechodząc to pierwszej połowy sezonu, to ta, podobnie jak poprzednie sezony, prezentowała się bardzo fajnie. Vecna pod postacią Henry'ego postanowił poudawać pana dobrego wujka, który za pomocą manipulacji zdobywał zaufanie wśród dzieciaków z Hawkins, po czym następnie te porywał demogorgon i te nieświadome stawały się narzędziem Vecny do jego niecnych celów. I tutaj w kluczową rolę weszła Holly, siostra Mike'a i Nancy. Młoda dostała swój wątek i wypadła w nim całkiem całkiem. Oprócz tego, to grupa naszych bohaterów kmini nad planem pozbycia się Vecny, gdyż wiedzą, że zło nigdy nie śpi i niebawem znów on uderzy. A w międzyczasie Dustin dalej przeżywa śmierć swojego przyjaciela i nawet w jeden scenie dostaje w zęby podczas obrony jego honoru. Lekko porwał się z motyką na słońce, startując do trzech większych od siebie typów. Choć warto zwrócić uwagę, że Dustin leki zmienił swój wizerunek na podobieństwo Eddy'ego na cześć jego pamięci i zapuścił dłuższe włosy z grzywką. Fajne to było z jego strony. Oprócz tego, to mamy Nastkę i Hoppera kroczących po wymiarze Upside Down, gdzie natykają się między innymi na wielką ścianę z juchy i macek oraz laboratorium, w którym jakaś baba próbuje hodować dzieci podobnych do Nastki i w tym celu wykorzystuje dawno nie widzianą na ekranie pewną postać. Tylko mam nadzieję, że nie zaszedłem za daleko i nie opowiadam o wydarzeniach z dalszych odcinków, co jest całkiem możliwe xD. Ale kij tam. Oprócz tego, nasi bohaterowie polują na demogorgona, który porywa dzieci, a w czwartym odcinku dostajemy mocarnie wyglądający powrót Vecny, który widzimy, że nieco się ulepszył, przez co prezentuje się jeszcze potężniej + pierwsza pula odcinków kończy się mocnym twistem. I ta pierwsza połowa sezonu wyglądała bardzo dobrze, choć zabrakło tego czegoś, aby dorównać wspaniałości sezonu czwartego. No i na plus nowy kierunek Vecny, w który poszli twórcy i gość zamiast dalej dopadać swoje ofiary, wykorzystując przy tym ich największe lęki, to poszedł w porywanie dzieci... Choć jedna scena trochę źle mi się skojarzyła i wyglądała trochę, jak by to miała być metafora pedofilii 😵. No i Henry nachodzący te dzieci w szkole + obdarowujący je prezentami, czy zabierający je do swojego domu. Ewidentnie można to podpiąć pod tą metaforę. Ah i zapomniał bym... Maxine dalej leżała w śpiączce, ale była obecna w wymiarze zwanym Otchłanią, czyli w czymś, co się znajduje wysoko nad wymiarem Upside Down. Tam też przebywały uwięzione przez Vecnę dzieci. 

Odcinki 5-7

Druga pula odcinków próbowała trzymać poziom pierwszej połowy sezonu i nawet wychodziło to im całkiem nieźle. Były próby przebicia się przez juchościanę, które prawie zakończyły się katastrofą. I to był ciekawy wątek, w których dowiedzieliśmy się nowych tajemnic na temat świata Stranger Things, czyli właśnie czym jest ta ściana i co może się wydarzyć, jeśli zostanie ona zniszczona. Dodatkowo poznajemy słabość Vecny, jak i to, co tą słabość powoduje oraz co zapoczątkowało, że gość stał się tym, czym jest. I tak do 7 odcinka i do momentu, w których dochodzi do jednego z większych fakapów serialu. Oczywiście, wcześniej też zdarzały się głupotki i naciągane sytuacje, ale to, co twórcy odfajkowali w 7 odcinku, to jest zwyczajne XD. I nie, ja tutaj nie mówię o samych coming oucie Willa, że przyznaje się przed przyjaciółmi do swojej prawdziwej natury, bo ot dostajemy  element, jakich pełno w netfixowych produkcjach i mi to samo w sobie nie przeszkadza, zwłaszcza, że we wcześniejszych sezonach można było dostrzec wskazówki, z których można wywnioskować, że Will jest gejem. Mówię tutaj o sposobie, w jakim ten coming out przeprowadzono. Mianowicie Vecna przyszantażował Willa, że jeśli ten nie będzie mu posłuszny, to on ujawni prawdę jego natury jego przyjaciołom. Aha xD. I czego on oczekiwał? Że jego najbliżsi się od niego odwrócą i przestaną z tego powodu go lubieć, a matka z bratem przestaną go kochać? Wtf? Weź ty Vecna młotek i się walnij w ten durny łeb. Plus sam moment coming outu trwał dłużej niż finałowa walka z finałowym bossem, by było zabawnie. Ale z plusów jeszcze trzeba wymienić to, jak świetnie zbudowany jest świat universum "Stranger Things". Ot mamy scenę, w której Holly ucieka przed Vecną po Otchłani i znajduje przed sobą na ziemi przejście, przez które oczywiście przechodzi i się okazuje, że wymiar, którym przebywała dziewczynka, znajduje się kilkaset metrów nad Upside Down i gdyby nie to, że Vecna ją złapał, gdy ta spadała, to by została z młodej mokra plama. Naprawdę wow. Myślałem, że oba te wymiary są czymś oddzielnym, a tu nie, bo nad Upside Down znajduje się sufit, nad którym urzęduje Vecna z potworasami w swoim wymiarze. Poezja.

Odcinek 8

Czyli wielki finał finałów finałostwa finalnego, który zakończy wszystko. Oj Vecna już robi pod siebie, bo wie co go czeka i wie, że będzie bolało. A więc żeby się bronić, to sięga po małą pomoc... Sięga po dowalenie wielkiego łupieżcę umysłów, który jest wielkości Godzilli i bezwzględny... Po czym ekipa go pokonuje jak by nigdy nic po niespełna 5 ninutach przy użyciu koktajli mołotowa, miotacza ognia, procy i dzid... Hę? Czekaj co? Największe i najpotężniejsze bydle w całym universum pokonane kompletnie z dupy, podczas gdy dłużej się męczyli już nawet ze zwykłym  demogorgonem? Bracia Duffer, czy wyście się z chujami na łby pozamieniali? Już pominę to, że następnie trwał około 40 minutowy epilog, w którym dostaliśmy masę gadaniny... Okey, to był segment, który podsumowywał 10 letnią serię, więc dali temu segmentowi porządnie odetchnąć. Ale ten segment powinien mieć miejsce po widowiskowej, pełnej napięcia i emocji i zwrotów akcji walce, a nie po 5 minutowej wydmuszce. To jest finał, więc każdy hajpował się na swojskie, soczyste "Avengers: Endgame", a dostaliśmy wieczór wyborczy Rafała Trzaskowskiego. Co za paździerzysko wstrętne. Jak by tego było mało, to przecież mieliśmy tyle bohaterów, że na spokojnie z kilku tych ważniejszych można było uśmiercić, na przykład Hoppera, Steva lub Lucasa. Ale nie, po co, to by przecież rozdarło serca widzów, bo zginął ich ulubiony bohater. Strasznie cukierkowy, typowo młodzieżowy ten finał. Taki był potencjał na coś pamiętnego na długie lata, a wyszła z tego kaszana. Jeszcze dodam, że przez ostatnią scenę w tym odcinku były domysły, że może powstać spin off z tymi młodszymi bohaterami, którzy zeszli do piwnicy grać w Dungeons & Dragons, ale Dufferowie zdementowali te domysły. No szkoda.

Moja ocena tego sezonu to 6/10. W normalnych okolicznościach dał bym 7+ za bardzo dobrą pierwszą połowę, ale finał zarżnął ten sezon. 

Karol D.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popeye: The Slayer Man (2025) - Recenzja

A Knight's War (2025) - Recenzja

Oszukać przeznaczenie: Więzy krwi (2025) - Recenzja