Bitwa samurajów (2025) - Recenzja


Fabuła: U zarania okresu Meiji Shujiro, niegdyś znany jako niepokonany samuraj, decyduje się na udział w morderczej grze o przetrwanie, aby ocalić rodzinę i mieszkańców wioski.

Opinia: Dzisiaj raczę sobie pozwolić na mały offtop, gdyż skończyłem oglądać netflixową Bitwę samurajów i na tyle mi się podobała, że pomyślałem, że warto wspomnieć o niej kilka słów. No więc mamy w niej bohatera żyjącego u kresu ery samurajów, który 10 lat po zakończeniu wojny domowej żyje wraz ze swoją rodziną. Niestety życie zbyt sielankowe nie jest, gdyż po Japonii rozprzestrzenia się epidemia cholery, która dziesiątkuje ludzi, w tym jego córkę. Aby ocalić pozostałych przy życiu członków rodziny, jak i wioskę, Meiji zwany też Kokushiu - Zgubą ludzi, decyduje się na udział w krwawym turnieju, w którym stawką jest ogromna suma pieniędzy. No i właśnie między innymi z tego powodu produkcja jest porównywana do dobrze znanego Squid Game. A oprócz ogromnej nagrody pieniężnej, serial ma jeszcze jeden wspólny element ze wspomnianymi Kalmarową Grą, a są to... Szychy. Dokładnie tak, siedzą sobie te szychy i obserwują grę za pomocą lorneteczki i obstawiają, który z nich może wygrać. No żywcem skubnięte z SG. A na czym natomiast polega sama gra? Zawodnicy mają na szyji drewniane tabliczki i poprostu muszą przejść z punktu A do punktu B i zostaną tam wpuszczeni, jeśli będą mieli wymaganą ilość tabliczek pozyskanych ze zdekapitowanych przeciwników. No i biorący udział nie mogą takiej tabliczki już zdjąć na dłużej niż 10 sekund, bo to będzie kosztowało ich życie. No dobra, a jak ten serial się prezentuje? W moim odczuciu bardzo fajnie. Dobry klimat wchodzącej w nową erę Japonii, gdzie to broń sieczną zastępuje broń palna, a jak wiadomo, katana na niewiele się zda, jeśli twoimi oponentami są uzbrojeni w muszkiety i rewolwery strzelcy. Ale mimo to serial stara się utrzymać klimat tej feudalnej Japonii i nawet im się to udaje. Na plus główny bohater, który ma traumę po tym, co się wydarzyło podczas jego ostatniej wielkiej bitwy, oraz z początku nie zamierza dobyć swojej katany, ale w końcu się przełamuje. Oprócz głównego bohatera mamy nastoletnią Futabę u jego boku, która wzięła udział w grze i chyba to był błąd, gdyż młoda nawet za dobrze nie potrafi machać mieczem, przybraną siostrę Kokushiu oraz dwójkę głównych antagonistów, z czego jeden z nich wywołał u mnie ciary: typ zwany Gentosaiem, który z wyglądu przypomina Gandalfa, a na dodatek podczas poruszania się wydaje dzyndzoloncy odgłos, niczym Pan Brzęczyk w AHS: 1984 i na dodatek chodzi tym swoim ślamazarnym krokiem. Fajni bohaterowie, jak i antybohaterowie, fajny świat, klimat i widowiskowa siekanina. Jest tylko jedno ale. W serialu pełno naciąganych scen. Czy to scena w lesie, w której jakiś master łucznik strzela tak doskonale z łuku, że swoimi strzałami trafia w lecące strzały wroga, czy gdzie indziej przestrzeliwuje nimi przez budynek. No bez przesady. W innej scenie wspomniany Gentosai goni tą przyrodnią siostrę naszego bohatera po prostu człapiąc, podczas gdy ona biegnie, ile sił w nogach, a mimo to i tak jest o krok za nią. Jason Voorhees lubi to. Ale kataną za to żongluje, jak stary fachura. No i oczywiście na koniec ostatniego odcinka dostaliśmy potwierdzenie, że to była część pierwsza tej opowieści i gdzieś za jakiś czas dostaniemy drugi sezon. I super. Serial dobry i na dodatek mamy sporo niezamkniętych wątków, więc pewnie, jestem za. A wielbicielom samurajskiej siekaniny polecam Bitwę samurajów jak cholera. 

Moja ocena sezonu pierwszego to 8-/10. Nie ma zamulania, plus serial wciąga. Lecz minus za te niektóre naciągane sekwencje.

Karol D.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popeye: The Slayer Man (2025) - Recenzja

A Knight's War (2025) - Recenzja

Autopsja Jane Doe (The Autopsy of Jane Doe) 2016 - recenzja