Oats Studios (2021) - Recenzja


Fabuła: Seria eksperymentalnych filmów krótkometrażowych, które przedstawiają wizje postapokaliptycznego świata i koszmarnych scenariuszy.

Opinia: Jeżeli pamiętacie netfixowy serial "Miłość, śmierć i roboty", to mam dzisiaj dla was recenzję czegoś podobnego, czyli "Oats Studios", w którym podobnie jak w tamtym serialu dostajemy garść krótkometrażowych, trwających od kilku, do 20 minut filmików, gdzie to każdy z nich opowiada o czymś innym. W jednym z nich mamy postapikaliptyczną wizję świata, w którym pozostała przy życiu ludzkość toczy wojnę z humanoidalnymi jaszczurami. Wizualnie shorcik ten jest cudowny, ale przykładowo już efekty eksplozji przyprawiły mnie o skiśnięcie. W innym filmiku znajdujemy się w środku wojny w Wietnamie, gdzie to na żołnierzy poluje potężna kreatura nazwana bogiem rzeki. I trzeba przyznać, że sam maszkaron wygląda poprostu wow. Efekty CGI w wielu miejscach wyglądają w tym serialu naprawdę dobrze, a sam bóg rzeki zasługuje w mojej opinii na coś więcej, niż kilkuminutową krótkometrażówkę. No i w dodatku jego lore jest czymś przejmującym. Świetne. W innych filmikach mamy postać przedstawioną jako Bóg i jakiegoś kamerdynera u jego boku, którzy urządzają sobie zabawę na żywych makietach przedstawiające współczesne Chicago oraz epokę kamienia łupanego. Całkiem zabawny odcinek, w którym to Stwórca zsyła na miniaturową ludzkość różne klęski żywiołowe od pożarów aż po zarazę. Co w tym zabawnego? Cóż, to trzeba obejrzeć. W innym odcinku z kolei mamy przedstawioną parodię prezydenta Stanów Zjednoczonych (gdyby nie flagi USA w tle, to bym pomyślał, że to bardziej parodia naszego prezydenta xD). Lekko głupkowate to było, ale dobra. W innym odcinku mamy już nieco konkretniej. Dwójka ludzi ucieka na stacji kosmicznej przed jakimś ludzkim blobem... Nie pytajcie, ale wyglądało to coś strasznie groteskowo. Aż się przypomniał król szczurów z drugiego "The Last od Us". Odcineczek mocny, jak jasny gwint. Dostarczył ostrej nuty grozy. Ale nie tylko grozy, bo i także komedii "Oats Studios" dostarcza. W innym odcinku mamy pokazanych prezenterów telewizyjnych, którzy prezentują widzom jakiejś dziwaczne ustrojstwa, które okazują się kompletnie bezużytecznymi bublami. Taka parodia programów typu "Mango", gdzie to szeroko uśmiechnięci ludzie przedstawiali jakieś nowoczesne noże kuchenne, pasy odchudzające i inne blendery. Ah nostalgia. No i nie zabrakło też polskiego akcentu w postaci odcinka zatytułowanego "Gdańsk", w którym akcja rozgrywa się w średniowiecznym Gdańsku i rodzinę bez dachu nad głową najeżdżają krzyżowcy. Więc podsumowując serial uważam za całkiem fajny, choć były shorty, które nie zaangażowały i przebrnąłem przez nie, zapominając większości tego, co one reprezentowały. Dobrze, że chociaż trwały te kilka minut i szybko można było przejść dalej. Ale przez większość odcinków bawiłem się bardzo fajnie. 

Moja ocena tego serialu to 7-/10.

Karol D.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popeye: The Slayer Man (2025) - Recenzja

A Knight's War (2025) - Recenzja

Autopsja Jane Doe (The Autopsy of Jane Doe) 2016 - recenzja