Halloween: Aftermath (2025) - Recenzja fan filmu


Fabuła: Październik 2020: Cole Dalton, który szczęśliwie przeżył noc Halloween 2018, stara się ze wszystkich sił uleczyć rany, iść naprzód i zapomnieć o wydarzeniach tamtej feralnej nocy, nieświadomy, że zło jest zawsze blisko.

Opinia: W dzisiejszej recenzji fanowski film inspirowany wiecznie żywą serią o Michaelu Myersie w roli mordercy, który jeśli ktoś ma ochotę zerknąć, to jest on dostępny w pełni na YouTube. Produkcja opowiada historię młodego faceta, który pewnej halloweenowej staje do brutalnej konfrontacji z Michaelem, którą cudem udaje mu się przeżyć. 2 lata po makabrycznym incydencie Cole wciąż próbuje uporać się z traumą. Niebawem jednak boogeyman znów mu daje o sobie znać, gdy zaczyna mordować jego znajomych. Powiedział bym, że fajnie, bo dostajemy kolejny stary, dobry Halloween, tylko tym razem w fanowskim wydaniu. Gdyby nie to, że całość jest poprostu w zwyczajnym świecie nudna, przeciągnięta i ślamazarna. Film trwa ponad 2 godziny, z czym jeszcze jakiegoś wielkiego problemu nie mam, patrząc na to, że ostatnio omawiałem produkcję o podobnej długości. Bardziej problem mam z tym, że spora ilość segmentów została niepotrzebnie rozciągnięta, przez co źle i nudno się to oglądało, przez co po pierwszej godzinie seansu czułem się, jak bym to oglądał już bite dwie godziny. Po spojrzeniu na odtwarzać myślałem, że się zestarzeję, gdy zauważyłem, że przede mną jeszcze druga połowa filmu. Więc tak oglądam, oglądam, męczę, aby dociągnąć do końca i jakoś w końcu mi się udało dotrwać do końca. Gdy film się skończył, to czułem się, jak za czasów szkoły po lekcji matematyki. Czy się opłacało siedzieć i oglądać do końca? Nie powiem, że nie. Film zakończył się triumfem Myersa i to w dodatku tylko dlatego, że policja tam miała więcej lat niż IQ. Na plus mogę za to wymienić brzdąkającą muzykę znaną z Halloween, czy to w intrze, czy w sekwencji końcowej dostałem ciarek, gdy się odpaliły te pojedyncze, ciężkie plunknięcia na fortepianie. Na dodatek w trakcie filmu można natknąć się na kilka fajnych smaczków, jak przykładowo wywieszony plakat, na którym widniał Corey Cunningam znany z "Halloween Ends". Na minus oprócz nudy, to jako że jest to fanowska produkcja, to czuć na każdym kroku tą amatorszczyznę, czy to pod względem aktorskim, czy to podczas morderstw, które nie były niczym imponującym. Ot nawalanie nożem po korpusie, aż ofiara nie wyzionie ducha, czy przekręcenie karku. Podsumowując, to chyba będę następnym razem odpuszczał sobie fanowskie produkcje, a już zwłaszcza te trwające ponad 2 godziny i tyle w temacie.

Moja ocena to 3+/10.

Karol D.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mumia: Film Lee Cronina (2026) - recenzja

Zabawa w pochowanego 2 (2026) - Recenzja

The Beauty (2026) - Recenzja