American Horror Story: Apokalipsa (2018) - Recenzja


Fabuła: Po ataku nuklearnym grupa ocalałych znajduje schronienie w podziemnym bunkrze zwanym placówką nr 3, gdzie za nieprzestrzeganie zasad grożą surowe konsekwencje.

Opinia: W dzisiejszej recenzji omówię dla was AHS: Apokalipsa, czyli 8 sezon kultowego serialu od Hulu. Wybaczcie, że nie chronologicznie, ale postanowiłem, że zrecenzuję tylko te najbardziej interesujące mnie sezony. Ich wszystkich jest póki co aż 12 + 3 sezony ze spin-offu "American Horror Stories"... Więc sami przyznacie, że jest tego trochę dużo i poprostu nie mam weny recenzować dla was wszystkich sezonów. Dwa pierwsze "Murderer House" i "Asylum" opisał dla was Smiley, więc jeśli macie ochotę zapoznać się z jego opinią na ich temat, to odsyłam was do jego recenzji. Tymczasem ode mnie w tej chwili wlatuje "Apokalipsa", w której to dostajemy tytułowy koniec wszelkich istnień i przeżywa tylko wybrana garstka osób, która zostaje ulokowana w bunkrze. Niebawem nawiedza ich niejaki Michael Langdon, o którym w kolejnych odcinkach dowiadujemy się, że jest antychrystem i to on przyniósł na świat armagedon. Do walki z nim z kolei przybywa grupa czarownic. A dalej dostajemy przeskok czasowy wstecz i poznajemy początki tego, do czego doszło. Sezon uważam za całkiem fajny. Trzy pierwsze odcinki są utrzymane w mocnym, mrocznym klimacie, a w tle tego wszystkiego gęsta atmosfera, fajowe udźwiękowienie, nieco ładowania się w czoko loko z lateksowym typem (XD) i wisienka na torcie w postaci pełnego charyzmy Langdona, który wypada poprostu zarąbiście. Jego sposób wypowiedzi i ton już samo w sobie sprawiają, że czuć, że mamy tutaj do czynienia nie ze zwykłym człowiekiem, a z jakimś satanusem antychrystusem. A potem dostajemy czarownice, przeskok czasowy o kilka lat przed apokalipsą i przy tym całkowitą zmianę klimatu. Nie ma już narazie mroku i postapo, jest słonecznie. No i jakby zmieniają się główni bohaterowie? Bo najpierw przez 3 odcinki jest nim młody chłopak, który tam kręci z jakąś inną ocalałą dziewczyną, a przez resztę odcinków akcja kręci się wokół czarownic i Langdona. Ale odebranie klimatu z pierwszych odcinków nadrabia nam historia, a ona jest tutaj naprawdę dobra, jak i dobre jest to, jak wszystko elegancko skleja się w całość. A tle tej historii sporo nawiązań do poprzednich sezonów, jak na przykład powrót do domu zbrodni z pierwszej serii, albo okazyjne pojawienie się lateksiarza również kojarzonego z pierwszym sezonem. I tutaj szkoda, że jednak nie oglądałem poprzednich sezonów, bo tych nawiązań raczej napewno jest znacznie więcej, które mogłem przegapić. Bez wad niestety się nie odbyło, gdyż są momenty, którym towarzyszą bardzo tandetnie zrobione CGI. Przykładowo scenka, w której jeden gościu jest przywracany do życia z kupki popiołu... Jest ona masakrycznie zrobiona. Plus w połowie sezonu były momenty, gdzie lekko zalatywało nudą, ale trudno. Nie zmienia to faktu, że przy AHS: Apokalipsa bawiłem się naprawdę dobrze. Za jakiś czas zapewne wezmę się jeszcze za "Freakshow", bo mnie ciekawi.

Moja ocena tego sezonu AHSa to 7-/10

Karol D. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popeye: The Slayer Man (2025) - Recenzja

A Knight's War (2025) - Recenzja

Autopsja Jane Doe (The Autopsy of Jane Doe) 2016 - recenzja