To: Witajcie w Derry (2025) - Recenzja
Fabuła: Derry w stanie Maine to idylliczne miasteczko, pod którego powierzchnią czai się dawno pogrzebane zło. Śledząc losy grupy przyjaciół w roku 1962, ta przerażająca historia początków ukazuje panowanie wielowymiarowego bytu w jego obecnej, najbardziej przerażającej formie: morderczego, zmiennokształtnego klauna znanego jako Pennywise.
Opinia: Jako że dzisiaj była premiera finałowego odcinka "To: Witajcie w Derry", to zrobię recenzję z podsumowaniem całego sezonu. Napisałem dwa omówienia, dwóch pierwszych odcinków, ale potem stwierdziłem, że poczekam jednak sobie, aż odcinki przelecą wszystkie i dopiero wtedy napiszę reckę całego serialu, żeby się nie pierdzielić z tym odcinek po odcinku. No więc przechodząc do serialu, no to dostajemy historię opowiedzianą jeszcze 27 lat przed wydarzeniami z pierwszego filmu, w której to poznajemy nowych bohaterów, których będzie prześladował Pennywhise. I co ciekawe, do grona bohaterów zaliczają się nie tylko nastoletnie dzieciaki, ale także dorośli, w tym kilku wojskowych, z czego jeden jest jest medium, może między innymi zaglądać ludziom w umysły. Sam serial też prezentuje się całkiem fajnie. Przez pierwsze cztery odcinki nie ma Pennywhise'a na ekranie, ale to nie znaczy, że nie zaznacza swojej obecności. Robi to w każdym z czterech pierwszych odcinków i straszy naszych protagonistów na różne sposoby, jak na przykład w jednej dobrej scenie, w której dziewczynę nawiedza jej własne łóżko, przeobrażając się w jakieś ohydne monstrum przypominające kobietę w ciąży. Ale zdarzają się też mniej ciekawe straszaki, jak te w supermarkecie, gdzie to inną dziewczynę nawiedzają... słoiki z ogórasami? I te ogóry przeistaczają się w karykaturalną wersję jej ojca. Niby brzmi okey, ale jest tam nawalone CGI, że aż szkoda gadać. No a skoro o efektach komputerowych mowa, to te bywają paskudne w niektórych momentach. Zwłaszcza w ostatnim odcinku w jednej scenie się one wręcz rozjeżdżały. A co do Pennywhise'a, to ten oficjalnie pod postacią klauna pojawia się dopiero w odcinku piątym. Pierwsze wrażenie, jak on się pojawił, to miałem strasznie dziwne. Niby stary dobry Skarskård, a sprawiał wrażenie, jak by był cały ulepiony z tego CGI. Masakra jakaś. Ale na całe szczęście w kolejnych odcinkach prezentował się już o wiele lepiej. I poraz kolejny ekscytowałem się występami Billa w roli demonicznego, tańczącego klauna. Ale zostańmy sobie na chwilę przy tym Pennywhise'ie, bo o matko jedyna, co oni w tym serialu ugotowali z nim w roli głównej, to głowa mała. Między innymi dowiadujemy się, że sam Pennywhise był w przeszłości zwyczajnym człowiekiem występującym w cyrku, jako właśnie ten klaun i nawet miał córkę, której nadał pseudonim Perywhincle i pewnego wieczoru, gdy facet stał na uboczu, pociągając z piersiówki, to podeszła do niego właśnie ta istota (na temat której się dowiadujemy, że przybyła na ziemię wraz z meteorytem i od iluś tam wieków, co 27 lat żeruje na strachu tych, którzy zapuszczą się do lasu) i najpierw coś tam zagadała, że on jej imponuje, gdyż swoją postacią przyciąga dzieci, po czym bierze go za rękę i zaciąga do lasu, bo To pod postacią chłopca mu wkręciło, że słyszy w lesie swoją mamę. Co istota zrobiła z tym cyrkowcem? Niby później zdradza, że go To pożarło, ale podejrzewam, że go to poprostu opętało lub w jakiś sposób przejęło jego ciało, bo jak by nie patrzeć, jego główną postacią jest właśnie Pennywhise. No myślę, że tego dowiemy się dopiero w trzecim sezonie, w którym to będziemy cofnięci właśnie do tego 1908 roku. Ale fajnie, bo moja teoria odnoście Pennywhise'a się sprawdziła, i typ był w przeszłości zwyczajnym człowiekiem. Ba, mało tego, bo w finale sezonu dowiadujemy się jeszcze, że Pennywhise jest istotą nadczasową, dla której przeszłości, teraźniejszość i przyszłość nie istnieje, i podczas jednej konfrontacji z jedną z naszych bohaterek zdradza, że kiedyś w przyszłości urodzi ona chłopca, i że on ze swoimi przyjaciółmi za 54 lata zabiją go. Czyli właśnie Pennywhise cofnął się w czasie do czasów, kiedy rodzice tamtych filmowych bohaterów sami byli jeszcze dziećmi i stąd uparcie tak na nich poluje, a sam serial mimo że jest prequelem, to kontynuuje historię Pennywhise'a, który zamierza zabić dzieciaki, zanim te w przyszłości urodzą jego pogromców. Mózg rozwalony mam po finałowym odcinku. I tak sobie myślę... Co jeśli w trzecim sezonie bohaterowie będą próbowali wpłynąć na historię i będą chcieli uratować tamtego cyrkowca, aby nie udało mu się go pożreć i jednocześnie nie udało mu się posiąść jego ciała? To by wpłynęło na wiele rzeczy. Nie narodził by się demoniczny Pennywhise, a istota z meteorytu pozostała by uwięziona w tamtym kręgu z reliktów. Albo nawet pójdą dalej i pozbędą się raz na zawsze tej istoty jeszcze w tym 1908 roku, co wpłynęło by na przyszłość miasteczka Derry. Nie wiem tego, ale wiem, że finał pierwszego sezonu sporo w tym universum namieszał i jestem ostatecznie z niego usatysfakcjonowany.
Moja ocena tego serialu to 8-/10. Minus za te CGI, które było poprostu gówniane w niektórych momentach.
Zapomniałem dodać kilka swoich ulubionych scen w serialu. Jest mianowicie jedna przeepicka scena w odcinku finałowym, gdzie jedziemy Pennywhise na swoim wozie cyrkowym, a za nim się ciągnie sznur lewitujących, porwanych przez niego dzieci. A on sam gra na trąbie jakąś creepy melodię. Krótka scenka, ale mega dobra. No i nie zabrakło postaci z mocno podważalnymi decyzjami. Jedną z nich jest pułkownik, który kazał spalić jeden z reliktów wierzących demoniczną istotę, co sprawiło, że to wypuścił i się zaczęło rozlewać po świecie... No kuźwa mądre to było. Miało to vibe Godzilli II i scenę w której odklejona baba wypuściła na świat Ghidore, aby zapanowała równowaga, czy coś takiego. Tak samo głupie. I tak samo ten pułkownik pożałował potem tej decyzji, marnie przy tym kończąc, co tamta baba. Głupie.
Karol D.
Komentarze
Prześlij komentarz