Miłość, śmierć i roboty: Sezon 2 (2021) - Recenzja
Fabuła: Kontynuujemy sobie naszą luźną, netflixową serię składającą się z kilkunasto minutowych krótkometrażówek. I tym razem mamy między innymi takie odcinki jak ten, w którym ludzie w mieście mają zakupioną najnowszą technologię zwaną pucobotami. Jedna właścicielka niestety jednak ma pecha i jej maszyneria buntuje się przeciwko niej i zaczyna polować na jej życie. W innym odcinku mamy policję walczącą z plagą przeludnienia i ło matko, społeczność pro life dostała by zawału, jak by to obejrzała, gdyż należy on do tych bardziej szokujących/kontrowersyjnych. Z innych rzeczy mamy żyjącego wiecznym życiem albinosa, na którego polują łowcy nagród i nie tylko, ponieważ w dodatku cierpi z powodu samotności przez tą swoją nieśmiertelność, a inny odcinek nawiązuje do filmu "W wysokiej trawie". A skoro o nawiązaniach mowa, to warto też wspomnieć o historyjce, w której dostajemy stwora nawiązującego do Pale Mana z "Labiryntu Fauna". A sezon zostaje zwieńczony wyrzuconym na plażę martwym olbrzymem, którego części ciała zostają rozkradzione przez ludzi. Sezon drugi uważam za fajny, ale większości odcinków (poza może dwoma, jak ten z olbrzymem, który komentuje wieczną łapczywość ludzi, że nawet są w stanie zbeszcześcić zwłoki, byle mieć z tego korzyści, jak na przykład facet, który trzepie z ludzi kasę, by ci mogli zobaczyć wielką fujare olbrzymiego człowieka) brakuje tej takiej głębi lub jakiegoś przekazu. Tylko poprostu są, bo pierwszy sezon dobrze się sprzedał. Ale to nie ujmuje temu, że nadal gwarantują dobrą rozrywkę, a niektóre nawet wręcz dreszczyk emocji. No i oczywiście, to jak wizualnie prezentują się niektóre odcinki, to poprostu coś pięknego.
Moja ocena to 7/10.
Karol D.
Komentarze
Prześlij komentarz