Hook (2025) - Recenzja


Fabuła: Po zamordowaniu Johna Darlinga i stracie ręki Piotrusia Pana, Lily, córka Piotrusia i Wendy, będzie musiała stawić czoła katastrofie wywołanej zemstą przez Jamesa Hooka, jej biologicznego ojca. 

Opinia: Pomyślałem, że dawno nie było omawiania horrorów inspirowanych naszym dzieciństwem, tak więc dzisiaj przybywam do was z zeszłorocznym Hookiem, co sobie w dupie grzebie zdechłym krukiem... Przepraszam. Musiałem xD. No ale ogarniając swoją głowę i przechodząc do filmu, to mamy do czynienia z typową dla ITN Distributions produkcją, która to nie jest czymś, co się zapamięta na długo i zapomni się o tym filmie już na następny dzień. Główną bohaterką jest Lily, czyli córka już nieco starszego Piotrusia Pana i Wandy. Pewnego dnia poznaje jednak ona prawdę o swoim pochodzeniu, że jej biologicznym ojcem jest nie Peter, a James Hook, który przed laty skrzywdził Wendy i trafił na długie lata do więzienia. Historia może i jeszcze jakoś tam brzmi, kto tam miał wyobraźnię, która przelał na papier lub na Worda, na czym kolwiek był on pisany. Ale jak to się prezentuje od strony realizacyjnej, to już można w sumie zacząć się domyślać. Mianowicie jest to zwyczajnie jeden wielki paździerz pod każdym względem, czy to aktorskim, czy to logicznym, bo więcej logiki już ma w sobie Travis Scott zamykający main event drugiego dnia Wrestlemanii 41. Ot weźmy przykładowo scenę ucieczki Hooka na wolność. Jak ona wygląda? Dwójka policjantów przewozi niebezpiecznego Jamesa Hooka do innego więzienia... Radiowozem, przykutego kajdankami do drzwiczek. No ciekawe, co może pójść nie tak. No właśnie. Antagonista wyrywa się z uwięzi i zaczyna dusić jednego z funkcjonariuszy, a drugi wyskakuje ze stojącego radiowozu, po czym po chwili go widzimy, jak się wlecze po ziemi, jak by facet był nie wiadomo jak ranny. A on jedyne co zrobił, to dał nogę z tego wozu, a Hook nawet go palcem nie tknął. What a f*ck, man! James po uporaniu się z drugim oficerem odjeżdża tym radiowozem, rozjeżdżając tamtego pierwszego, który... leżał obok tego pojazdu, wogóle nie będąc na jego linii. O jap*****le xD. Dalej mamy scenkę, w której Hook znajduje w przyczepie jakiegoś haka, którego sobie przymocowuje do kikuta. No spoko. Ale przez to co dostaliśmy dalej, to miałem "kuźwa, ludzie, serio?". Mianowicie dostaliśmy grupę dziewczyn, które przyjechały do osadzonego w lesie domku, aby wyprawić urodziny. No... Chyba można sobie skojarzyć podobny motyw z podobnych wysrywów od ITN. Coś takiego było chociaż by w pierwszym morderczym Puchatku, czy w Piglecie. Serio nie mają pomysłu na coś innego, niż poraz enty grupa dziewczyn wyprawiająca urodziny w chatce w lesie? Nawet scenę z jacuzzi z liżącymi się lesbijkami zajumali z Pigleta. Brakowało w niej tylko brandzlującego się gajowego za drzewem na ich widok i był by komplet. Kolejną rzeczą, którą chciał bym poruszyć, to morderstwa. Ten film pokazuje poradnik, jak montować sceny śmierci tak, aby zmieścić się w i tak już kartoflanym budżecie. A mianowicie gdy już zwyrol dopada ofiarę, to zrobić cięcie w momencie, gdy ten zamachuje się na nią. Dokładnie tak. Dobra, kończę tą recenzję już. Nie polecam tracić czasu na to dziadostwo. Chyba że dla beki chcecie se obejrzeć.

Moja ocena to 2-/10.

Karol D.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mumia: Film Lee Cronina (2026) - recenzja

Zabawa w pochowanego 2 (2026) - Recenzja

The Beauty (2026) - Recenzja