Pulp Fiction (1994) - recenzja offtop
Fabuła: Przemoc i odkupienie w opowieści o dwóch płatnych mordercach pracujących na zlecenie mafii, żonie gangstera, bokserze i parze okradającej ludzi w restauracji.
Opinia: W dzisiejszej recenzji nieco offtopowo, ponieważ w końcu poraz pierwszy (aż wstyd przyznać) obejrzałem jeden z klasyków Quentina Tarantino, jakim jest właśnie Pulp Fiction. W filmie mamy trzech protagonistów: dwójkępłatnych morderców, których rolę odgrywają John Travolta i Samuel L. Jackson oraz boksera granego przez Bruce'a Willisa. Więc obsada nielada bogata w stare wygi kina. Z innych to mamy między innymi samego Quentina, który się obsadził w jednej epizodycznej roli, w której wypadł całkiem okey. Ale dużo bardziej, niż okey wypadli główni aktorzy w swoich głównych rolach, gdyż to, jakie oni kino wykręcili, to głowa mała. Czy to Willis, jako Butch z lekkim fiołem na punkcie swojego zegarka po ojcu... Zegarka, który (że tak powiem) przeszedł wiele, aby trafić do rąk naszego bohatera. Więc niewątpliwie jest to przedmiot, którego nie można mieć w dupie (😆). Gorsi od Butcha nie są też pozostali bohaterowie, gdyż na przykład Vincent w jednej sekwencji z przegrzaną narkotykami babką zrobił mi nie tylko dzień, ale i cały weekend. A Jules i przykładowo scena finałowa z nim, to czysty geniusz. Swoją drogą, to dialogi zawarte w tym filmie, to zakichane mistrzostwo świata. Ot taka wspomniana wcześniej scena finałowa, w której Jules każe rabusiowi wyciągnąć z siatki jego portfel, potem z portfela pieniądze, których kwota wynosi 1500$, a następnie te pieniądze każe mu schować sobie do kieszeni, po czym twierdzi rabusiowi, że te pieniądze są za sprzedaż jego życia. Piękne to było, jaki zesrany na rzadko jego napastnik siedział. Wymusił hajs nie od tego człowieka, co trzeba. Ale skoro mowa o zadzieranie nie z tym człowiekiem, co trzeba, to trzeba się odnieść też do sekwencji, która zrobiła mi nie weekend, a resztę miesiąca xD. Mowa tutaj oczywiście o sekwencji w sklepie z narzędziami, podczas której jeden typ postanowił w "gwałtowny" sposób zadrzeć z pewnym szefem mafii. Osz kuźwa... Jeśli kiedyś znaleźliście się w sytuacji, w której pomyśleliście, że macie przesrane, to pomyślcie o tamtym typku ze sklepu narzędziowego, jakie piekło jego czekało ze strony rządnego krwawej zemsty Marcelusa. Zwłaszcza że jeszcze zadzwonił po specjalną ekipę do tej zabawy. Na samą myśl zwieracz mnie rozbolał. A podobnie przeepickich scen w tym filmie jest znacznie więcej. Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał "Pulp Fiction" to bierzcie i nadrabiajcie, gdyż to kino absolutne. Zwłaszcza, że jak na 2.35h film bardzo szybko zleciał i nie nudził ani przez minutę.
Moja ocena to 9+/10. Czemu nie pełna dycha? Dosłownie dwie małe głupotki się wkradły i na przykład lekko niezrozumiała była dla mnie scena po powrocie Butcha do domu po zegarek. Mianowicie czemu Vincent idąc do kibla zostawił swojego gnata w kuchni? Wcale to się nie prosiło, żeby ktoś nieporządany wszedł i go użył na nim, co i też miało miejsce. No ale kij tam. Produkcja nadal wybitna 👌.
Karol D.
Komentarze
Prześlij komentarz