Midsommar. W biały dzień (2019) - Recenzja


Fabuła: Młoda para w czasie wakacji odwiedza odizolowaną od świata szwedzką wioskę. Wkrótce dowiaduje się o ekscentrycznych miejscowych tradycjach.

Opinia: W dzisiejszej recenzji jedno z dzieł Ariego Astera, które musiałem sobie powtórzyć, aby recenzja wyszła bardziej rzetelna. A jako że film jest długi, bo trwa aż ponad 2h i 20 minut (a znacie moje zamiłowanie do aż tak długich produkcji), to odwlekałem z tą recenzją i odwlekałem... Aż do dzisiaj. Tak więc panie i panowie, oto "Midsommar. W biały dzień", czyli dzieło, które zyskało u mnie miano kina absolutnego. Coś, co człowiekowi prędko z głowy nie wychodzi. Dostajemy w nim historię kilku studentów, którzy wylatują do odizolowanej szwedzkiej wioski, aby wziąść udział w obchodach przesilenia letniego. Podczas pobytu są świadkami dość niecodziennych miejscowych tradycji oraz rytuałów. I raczej można się spodziewać, że nie wszystkie tradycje przypadną przyjezdnym do gustu. Pierwsze 10 minut filmu to jest wstęp, w którym główna bohaterka doznaje bolesnej straty, na wskutek której popada w depresję. Przez kolejne 40 minut twórcy w akompaniamencie pięknych melodii wczówają nas w klimat oraz zapoznają nas z miejscową ludnością. A następnie, gdy już się jest wprawionym w tą całą atmosferę, to dochodzi do momentu, który nam pokazuje, że owa ludność jest bardziej specyficzna, czy może raczej bardziej odklejona, niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. A dalej tylko atmosfera gęstnieje, a sam film wciąga coraz to bardziej oraz robi się coraz bardziej nieprzewidywalny. Horror funduje sporo wywołujących ciarki scen, przy czym ostatnie 30 minut Midsommara, to najczystrzy ekstrakt z filmów Ariego Astera. Całość od początku do końca hipnotyzuje i wywołuje różne emocje, od uczucia radości i lekkości, aż po uczucie takiego "co tu się odp*******?". Produkcja jednocześnie piękna, jak i oszałamiająca. Krótko mówiąc: Cały Ari Aster. No i kocham to, gdy jakiś horror nie posiada elementów, które nic nie wnoszą. W Midsommarze dosłownie każdy element wnosi coś od siebie i łączy się z innym, jak przykładowo narysowana na kartkach miłosna historyjka, czy pewien misiu, który z początku uznałem za jedynie rekreacyjny, mało ważny element... No nic bardziej mylnego. Zdecydowanie u mnie topka, jeśli chodzi o ten gatunek. Ale tak czy siak trudno ten film polecić, bo będą tacy, którym film się nie spodoba i będą się na nim nudzili. A co do moich ulubionych scen, to przed chwilą wspomniałem o misiu... Końcowa scena z nim, to coś, co przyprawi o koszmary senne. 

Moja ocena to 9❤️/10.

Karol D. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popeye: The Slayer Man (2025) - Recenzja

A Knight's War (2025) - Recenzja

Autopsja Jane Doe (The Autopsy of Jane Doe) 2016 - recenzja