Clayface (2026) - recenzja
Opis fabuły: Kariera Matta Hagena, gwiazdy Hollywood, kończy się po brutalnym ataku, który trwale go oszpeca. Eksperymentalna terapia przywraca mu dawny wygląd, lecz jej skutki popychają go ku destrukcyjnej zemście.
Opinia: W dzisiejszej recenzji najnowszy body horror z DC Universe przedstawiający nam origin story jednego z przeciwników Batmana. No i miałem co do filmu pewne obawy, że będzie to coś w stylu Morbiusa, że niby będzie to horror, ale pozbawiony pazura. Ale seans rozwiał moje wątpliwości i jak się okazuje, to produkcja jednak ten pazur ma i daje nam małą porcję mocniejszych scen, jak chociażby tą, w której nasz główny bohater ma ciachaną twarz lub też zostaje nam ukazana operacja nosa. Szkoda tylko, że film ogranicza się tylko do tych kilku scen, bo był potencjał na więcej mięsa, ale dobre i to. Elementy body horroru też są dobre, gdzie to facetowi rozlewa się twarz i aż mi się przypomniał teledysk Rammsteina "Zick Zack", w którym Lindemannowi w pewnym momencie też zaczęła się w podobny sposób twarz rozsypywać xD. No ma ten film swoje dobre momenty, nie ma co. Co mi się mnie podobało, to w pewnej chwili zacząłem odczuwać lekką nudę, jak i też miałem uczucie, że horrorek się już troszkę ciągnie, mimo że jakiś strasznie długo nie jest. No i inny zarzut to mam do efektów CGI, które w kilku scenach wyglądały kiczowato, jak przykładowo te, w których Matt zmieniał sobie twarz na inną, jak by sobie ją przełączał, niczym kanał w telewizji, bez żadnego dodatkowego efektu. Dziwnie to wyglądało. A ostatnia scena skojarzyła mi się z horrorem "Together". Kto widział, ten będzie wiedział o co mi chodzi. Podsumowując, to pomimo tego kiczu uważam Clayface'a za całkiem udaną, godną polecenia produkcję. I chętnie obejrzał bym origin story innych superzłoczyńców ze świata DC.
Moja ocena to 6/10.
Karol D.
Komentarze
Prześlij komentarz