American Horror Stories: Klon (2024) - Omówienie


Fabuła: Miliarder po wypadku deleguje klona, który ma go zastąpić.

Opinia + spoilery: No dobra, zacznijmy od tego, że jest to specyficzny epizod, którego zakończenie spowodowało, że miałem na mordzie jedno wielkie "jap*****le, co ja właśnie ku**a obejrzałem". Ale od początku... Odcinek opowiada nam historię miliardera Davida, który robi za sponsora dla młodszego kochanka. Pewnego wieczoru ulega wypadkowi, przez który trafia w ciężkim stanie do szpitala. Dzień później jego młodszemu facetowi zostaje przedstawiony klon wysoko sytuowanego mężczyzny, który będzie go zastępował, gdy ten będzie przechodził rekonwalescencję. Z początku John jest zdezorientowany, bo wtf, jakiś klon do złudzenia przypominający Davida ma go dosłownie we wszystkim zastępować, trochę niekomfortowa sytuacja. Ale mimo trudnego początku, z czasem John się przekonuje do niego i nawet nie tyle co klon Davida mu sprawnie i smacznie gotuje oraz usługuje, co także po czasie nawet wdaje się z nim w romans, bo ten mimo że tamten jest mechanicznym sobowtórem Davida, to też ma w sobie uczucia i chce, by John go traktował, jak oryginalnego Davida. W między czasie nasz klon dopuszcza się morderstwa na gościu, który oczekiwał ostrej zabawy z Johnem i ze skrupulatnością pozbywa się jego zwłok, paląc jego poćwiartowane kończyny, czy nawet blendując jego zęby... Co jest lekko naciągane, bo chyba żaden blender nie ma takich ostrzy, by kości blendować. Po jakimś czasie do Johna przychodzi telefon, że David już doszedł do siebie i czuje się już lepiej. Więc przychodzi czas pożegnania Johna z klonem Davida. No i tutaj czas na zakończenie, które zryło mi beret. David postanowił zakończyć relację ze swoim młodszym konkubentem i przy pomocy wspólnika zabija go, wszystko tłumacząc tym, że nie jest on mu już do niczego potrzebny, gdyż ma on siebie. No i epizod kończy się sceną łóżkową między Davidem, a jego klonem xD. Okey, dobra... Oni chyba chcieli zrobić przesłanie w stylu, że grunt, to pokochać siebie, ale chyba posunęli się przy tym za daleko. Kochać siebie to jedno, ale kochać się z samym sobą w łóżku? What a f... To jest ten samogw*łt, tak? He. Te zakończenie chyba napisał ktoś, kto zdrowo przedawkował żelki Haribo. Ale sam odcinek był całkiem okey. Po tym jak wyglądał, to miałem nadzieję na jakieś wzruszające zakończenie. Ale nie, bo ktoś wpadł na pomysł, że lepszym zakończeniem będzie David zabawiający się ze swoim klonem, bo czemu nie. 

Moja ocena to 6-/10. 

Karol D.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popeye: The Slayer Man (2025) - Recenzja

Zabawa w pochowanego 2 (2026) - Recenzja

The Beauty (2026) - Recenzja